|
|
sobota, 17 marca 2012
Gdy przyjechałam do Warszawy, byłam jeszcze bardzo małą i bardzo wystraszoną dziewczynką, która uciekała przed milionem niedokończonych spraw. I jak to zwykle bywa w przypadku jechania nie "do" a "z", wszystko prędzej czy później wracało.
I był taki czas, kiedy byłam przekonana, że zima nigdy się nie skończy. Że już zawsze będę codziennie płakać i zamykając się w czterech ścianach na cztery spusty udawać rozbujane życie towarzyskie. Wstawałam rano skrajnie wyczerpana, a wieczorami nie mogłam z nerwów spać. Zafundowałam sobie ostry survival, a najgorsze było to, że odpowiedzialność za tą decyzję spadała wyłącznie na mnie. Sama sobie byłam winna.
Aż w końcu przyszedł taki czas, który znów pozwolił mi normalnie oddychać. Wystarczyło wyjść do ludzi, żeby przejrzeć się w ich oczach i zobaczyć własną śmieszność. A dwa lata później zimą stado przyjaźnie nastawionych chłopców ciągnęło mnie na sankach do domu. Domu. Dom.
Bardzo wiele musiałam poświęcić i jeszcze więcej zmienić, żeby dojść do momentu, w którym pomyślałam o tym miejscu 'dom'. Dużo piję, popalam, w wieku 19 lat mam przeogromne problemy z ciśnieniem, wychodzę z domu o 7, a wracam po 20, nie mam czasu czytać tysięcy książek, ani grać na gitarze. Przewartościowałam moje życiowe priorytety, musiałam pożegnać wiele osób, które okazały się niewarte jakichkolwiek pozytywnych odczuć. Zamiast na trawie w ogródku, leżę na podłodze u obcych ludzi na domówce, zamiast babcinego obiadu wpierdalam raz po raz chińskie zupki i już niedługo, tak bardzo niedługo nie zmieszczę się w drzwiach. Ale w tym chaosie, zgiełku, pędzie Warszawy jest jakaś dziwna harmonia, która mnie fascynuje.
I kocham to miasto. Szczególnie teraz, kiedy idę ulicą na krótki rękaw, a ludzie zaczynają się zachowywać, jakby przed chwilą zostali wypuszczeni z klatek. I tyle razy mówiłam, że chciałabym być wiecznie w drodze, nigdy nie gnieździć w jednym miejscu. Głównie przed mojego ojca, który próbował mi wmówić, że obietnice nic nie znaczą, a do ludzi nie warto się przywiązywać. Boże, Sławek, ile ty mi w życiu krzywd tym swoim popierdolonym myśleniem wyrządziłeś. Przecież zapatrzona byłam w Ciebie jak w obrazek, wierzyłam w każde słowo. Tylko wiesz, nie miałeś racji. A słowo dom znów nabrało magii.
Widzę wokół siebie dobro. Wiszę głową w dół na trzepaku, jem lizaka i udaję, że znów mam 10 lat, a w tym roku odwołali maturę. I choć jestem przerażona moją przyszłością, skacowana po piątkowej nocy, zażenowana kolejnym chłopakiem, który dotykał mojego ciała, wiecznie rozdarta i niezdecydowana, czuję, że wraz z zimową kurtką zrzuciłam kolejny bagaż ciężkich spraw, które już za mną, bo nabrałam odwagi, by je zakończyć.
Pierwszy podmuch wiosny zawsze budzi lęk. Ale dziś budzi też jakąś małą, lichą, skromną iskrę - nadzieję.
sobota, 11 lutego 2012
Piękna ty moja, głupiutka. Żyjesz w moim ciele, a tak bardzo Cię nie rozumiem.
Powiedział mi to. Tyle na to czekałam, miliony razy przerabiałam tą sytuację w głowie. Zresztą, co ja pierdolę. Od początku, od pierwszej chwili, pierwszego "cześć" to, że on się wreszcie we mnie zakocha było tylko kwestią czasu. Co prawda robiłam wszystko, żeby tak się nie stało. A jeszcze więcej robiłam, żeby przypadkiem sama nie poskradać resztek rozumu. I po co mi ten rozum, skoro nigdy z niego nie korzystam?
Moje życie składa się z wyczekanych miesiącami zdarzeń, które przemieniam na przypadki. Dążę po cichu, małymi krokami, gdzieś wieczorami słuchając Boba Dylana, powtarzając Twoje imię do czterech pustych ścian.
I to działa.
A potem zapominam o mojej magii, o wielkiej mocy zawartej w chemii naszych ciał, gdy przypadkiem otrzesz się o moją dłoń. Potem dzwony przestają bić i czerwone dywany rozpościerać się pod mymi stopami na każdej drodze. Potem znów jesteś tylko Ty. I już wtedy nie wiem, co się dzieję.
Gdybym mogła, całą siebie bym podała Ci na tacy, z moimi ładnymi cyckami, grubymi udami, piegami na nosie, zawziętością, wrażliwością, inteligencją, milionem zdjęć na ścianie, gitarą i trampkami. Wszystkim. Moglibyśmy kochać się kilka razy dziennie, w dowolnym miejscu na ziemi. Robiłabym Ci śniadania do łóżka i cieszyła się, gdy wracałbyś pijany z meczu z kolegami, bo wracałbyś. A to byłoby najważniejsze. Ale nie mogę, kochany.
Nie pozwala mi moja duma. Nie pozwala mi fakt, że mój ojciec to psychol, którym się brzydzę. Nie pozwalają mi spojrzenia innych, tych hien i małp, które tak nam zazdroszczą.
A przede wszystkim ja sobie nie pozwalam. Jak mogę dać sobie prawo to tak wielkiego, bezkarnego, nieuzasadnionego szczęścia?
Pomóż mi, pomóż mi, proszę.
Gdybyś tylko umiał czytać w moich myślach i wiedział, że gdy całuję innych i mówię Ci, że nic nie znaczysz, tak naprawdę całą sobą krzyczę, że Cię kocham.
czwartek, 12 stycznia 2012
Gdybym przestała kłamać, co by mi zostało?
sobota, 24 grudnia 2011
Więcej jedzenia nie wepchnę już w siebie, a to dopiero początek. Wydałam wszystkie pieniądze na prezenty, ale jak mogę żałować? Nie da się wycenić uśmiechu.
I mam mieszkanie. Mam własne, ciepłe, przytulne mieszkanie. Po sześciu latach niczego, to tak wiele. Kocham Cię, mamo.
Czuję się kochana i doceniona. Czuję, że mam wokół siebie ludzi, którzy chcą koło mnie być i czerpią z tego radość.
Jestem najszczęśliwszą osobą, jaką mogłabym teraz być. Moje wnętrze tak wypiękniało, że przeniosło się to nawet na wygląd.
Odpoczywam.
Proszę, niech to trwa jak najdłużej.
Ach i jeszcze S., czekałam na to 3 lata. Warto czekać
niedziela, 20 listopada 2011
,,Nie chodzi o to, że Cię nie kocham, bo kocham Cię bardzo, kurwa, tak bardzo. I widzisz chyba, to wszystko co robię, dla Ciebie robię przecież. Ale znam Cię tak dobrze, widzę jak to wygląda. Pewnego dnia wróciłabyś do domu i podała imię tego, z którym mnie zdradziłaś, a ja musiałbym go zabić, a potem podpalić cały świat. I nie mógłbym wybaczyć sobie, że nie jestem w stanie Tobie wybaczyć, więc zniszczylibyśmy wszystko.''
P.
|